MĘKA KAKTUSA

Wycichło mi w środku. Wziąłem się z nią pokłóciłem, pokrzyczałem, pomachałem ręką, tupnąłem, rąbnąłem, obraziłem się i mi przeszło. Siedzę sam jak palec na kanapie, ona wyszła, powiedziała, że nie chce mnie takiego, że mnie nie bierze z tym jaki jestem, ma to gdzieś, idzie i jedzie, nie powiedziała gdzie.

Ja zostałem – obrażony byłem, więc nie mogłem jej nic odpowiedzieć, nie mogłem nawet dać znać, że już mi przeszło, bo byłoby to złamaniem pewnego konwenansu, pewnej reguły komunikacji werbalno – niewerbalnej, która definiuje długość czasu trwania stanu poburzowej hibernacji, uczuciowego wylodowacenia, ignorancji i udawania, że nigdy dla mnie nic nie istniało więc nie może boleć.

Idź kobieto, głupia ty, zamknij drzwi i niech cię nie widzę, niech cię nie znam, jaka ulga, że znikniesz, będę chodził na ryby, jadł grzyby, palił trawę i olewał twoje wszystkie eko – filo – dupozofie, zabraniające mi marnowania prądu, gazu, wody i swojego życia! Będę miał gdzieś motywację do działania, wiarę w siebie, dynamizm, optymizm, pranie i pieprzone zasłonki w kolorach słońca, co się zrywają jak się je nawet lekko potrąca.

Nie będę już wchodził na stołek, sięgał na półki, otwierał słoików, wbijał gwoździ, jadł twoich zup, nic nie będę, skulę się, o tak, na kanapie i zamienię w kłębek kurzu. I będę tak leżał i się rozdrabniał, walał po podłodze i obijał po kątach. Będę sobie popylał po mieszkaniu i co mi zrobisz.

Taki porzucony się czułem, niczyj, niechciany, niemacany przez czułe kobiece dłonie, nieświdrowany pożądliwym wzrokiem, nie kąsany, nie drapany za uszkiem, nie smyrany po brzuszku. I nikt nie mówił do mnie Mysiu Pysiu ani innych niemęskich określeń do mnie nie ukierunkowywał.

Byłem zrozpaczony i mazgaiłem się do kaktusa. Kaktus nie miał już siły pić ze mną wódki, wymiękał i puchł, kolce mu zwiędły i stał się sinobury, upodobnił się do mnie kolorystycznie, wyglądał jak szmata, „ty szmato” mówiłem do kaktusa, piłem.

Użalałem się jak mogłem, dawałem sobie tyle współczucia, ile cały świat nie byłby nigdy w stanie z siebie wycisnąć, nie jadłem, umartwiałem się.  Myślałem o śmierci własnej i cudzej, o końcu świata, o suszonych kwiatach, co robią dużo zła bo przez nie umiera miłość.

„Nie susz tych jebanych róż” – mówiłem a ona nie słuchała, nigdy nie miała tego respektu co inne kobiety mężate, dzieciate, uśmiechała się tylko, brała sznurek i wieszała na szubienicy, na kaloryferze świeży bukiet, co nie wiem po co wydałem na niego pięćdziesiąt złotych skoro i tak miał uschnąć.

„Mama mówiła, że jak się suszy kwiaty to usycha uczucie” – mówiłem, a ona  pytała czy dobrze wiszą te róże, przechodziła obok i klepała mnie po tyłku, nie wiedziałem jak odpowiedzieć, jak zareagować. Stałem i patrzyłem, ona wychodziła z pokoju, z domu, szła na targ, na zakupy, na życie szła tak jak ja idę na wódkę, szła i nikt nie wiedział jak to się skończy, co przyniesie, kiedy wróci. Polowała na okazje, węszyła, tropiła.

Jak zostawałem sam to byłem zły, buntowałem się wewnętrznie, miałem psychosomatyczny strajk. Nie chciałem jeść i plułem kaszką ale nie było nikogo, kto mógłby jakkolwiek to zauważyć, nie było nawet żadnego zwierzęcia, kota, psa ani kurczaka w lodówce, tylko kaszki na mnie patrzyły małymi oczkami, i warzywa, i kiełki, niejadalne rzeczy.

„Nie da się jeść tych syfów” – mówiłem a ona stawiała na stole kolejne zupy z trawy, żurawiny i prażonych orzechów. „Chcę mięsa” – mówiłem i dostawałem selera, w tych warunkach moja męskość nie mogła rozkwitnąć, wynurzyć się, wybić. Kiełkowała tylko. Czułem się jak królik impotent, co po zbyt dużej ilości zielska zapadł na anemię, nie ma siły na wariacje, kopulacje, stracił sens bycia, życia, inne króliki śmieją się z niego po kątach, nikt go nie rozumie, bo oprócz dymania nic przecież nie umie.

To chciałem się sprawdzić, włączałem TV i oglądałem pornosy na przemian z reklamami hot – dogów. Nic mnie nie ruszało. Zamieniałem się w roślinę. Czekałem tylko, aż wyrosną mi liście, puszczę pączki i stanę na parapecie obok jęzora teściowej, posłucham o pogodzie i sposobach meblowania mieszkania meblościanką. Będę chciał być przestawiony w inne miejsce, stanąć za głośnikiem i słuchać death metalu, ale przecież nic nie powiem, kwiaty i grzyby głosu nie mają.

To już bym wolał tym grzybem być, rósłbym w lesie, miałbym trzon i kapelusz, jak dżentelmen. Może nawet trujakiem bym był to mógłbym bezkarnie wyrażać negatywną energię. Ale jakbym grzybem był i spotkał tę kobietę, to pewnie bym skończył w roli pieczarki, nibygrzyba co leży w lodówce i kończy w żołądku, wymięty, wymemłany, nijaki i ciężki.

Dzwoniłem z pytaniem, czemu nie dzwoni ale nie odbierała, psuła mi tym całą komunikację, nie wiedziałem co powiedzieć do tych ciągłych sygnałów, jak zacząć, jak skończyć, co zostawić.

Ciężko mi było zostawić ją w spokoju po tym jak zostawiła mnie w pokoju, zebrała się i wyszła i powiedziała, że to już na zawsze. „Jak na zawsze, przecież nic nie ma na zawsze, na zawsze to się nawet ludzie nie kochają” – mówiłem, ale jej już nie było, był kaktus, ja i pustka, i trochę kiełków w doniczce.

Kaktus to męski kwiat, wszyscy koledzy mają kaktusy, podpierają nimi swoje ego, fallicznie jednoczą się konewką, czyszczą igły szczoteczkami do zębów. A mój kaktus jest żulem i porósł pajęczyną. Dziewczyny sprzątają pajęczyny. Dziewczyny lubią światło. A ja mam dużo mroku.

Ona to taka oświecona była, odpowiednio natchniona, zaangażowana w jedzenie warzyw i popijanie powietrzem. Czułem, jakbym do niej nie pasował, gubiłem się gdzieś w gąszczu recept na zdrowie, kręgach zielarzy i homeopatów. Odbijali mi ją kolejnymi doniesieniami, pisali książki, organizowali warsztaty. A ona jeździła, bywała, słuchała, wchodziła w to, uzależniła się, przepadła.

Zmęczyłem się. Chociaż nie miałem czym, bo to ona biegała, gotowała, dźwigała, wstawała, parzyła kawę, malowała, dbała, kusiła, czytała, załatwiała, organizowała, zaskakiwała, inspirowała, doceniała, chwaliła. Ja tylko leżałem, spałem, oglądałem, czasem słuchałem, leniłem się, gniłem, żarłem, chlałem. I się zmachałem. A co.

Moje życie okazało się być cholernie uciążliwe, niełatwo funkcjonować w stanie kaca i niechcenia, w nicnierobieniu i nudzie, bo czas się dłuży, apatia narasta i jest ciężko, trudno, przygarbiście.

Ona była w wirze, świat ją zasysał, ludzie rozpoznawali, szefowie doceniali; jej było łatwiej, chętniej, przyjemniej chyba. I chociaż  narzekała czasem, że ciężkie siaty, stare graty, ja garbaty, to odnosiłem wrażenie, że moje życie jest bardziej mroczne i męczące. Że chamsko się ze mną los obchodzi. Że nie obchodzę już nikogo, nawet samego siebie.

Nie miałem nawet siły obejść stołu; zawsze lądowałem pod. Być może dlatego, że próbowałem go obejść z butelką, piwo to moje paliwo, pierwszą, drugą, piątą, dziesiątą. Długo mi na tym schodziło; trudno było iść bo mnie myśli zatrzymywały, a nie były to myśli dobre ani takie, z których mógłbym być dumny.

Na kanapie siedzę, walczę ze wstydem, z upokorzeniem czepiam się blatu i resztek nadziei. Na to, że dla mnie kiedyś też wstanie słońce, a wtedy urodzę dziecko, pomaluję oczy, usta, będę wiedział, gdzie na targu jest najtańsza marchewka i fasola w strączkach, szczerze będą mnie interesować różne sprawy a zwłaszcza potrawy, wyrośnięte ciasto wzbudzi mój entuzjazm, pochwała za obiad wywoła orgazm.

Będę się męczył inaczej. Lepiej, jaśniej, będę cierpiał z poczuciem sensu, z określonym celem, jakim jest zdrowie moje i mojej rodziny, tako rzecze lekarz i farmaceuta.

Reklamy
MĘKA KAKTUSA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s