Dama na miarę

Żyła raz kobieta, która szykowała się do trumny.

Była już słusznego wieku, co mogło uzasadniać to nietypowe hobby, jednak nie do końca; nie była to bowiem kobieta osamotniona, owszem, nigdy w trakcie swojego życia, które z upływem czasu wydawało jej się coraz krótsze i mniej pojemne, nigdy w trakcie trwania tego – można by powiedzieć – kosmicznego epizodu, nie zdarzyło jej się założyć rodziny; wynikało to z wielu czynników, w mniemaniu kobiety – od niej niezależnych, nie miała przecież wpływu na mężczyzn, których spotykała, że nie byli to ci, którzy być powinni, że nie spotkała dżentelmena z inteligencją i urodą, te cechy u nich jakby z natury się wykluczały, nie można mieć wszystkiego, mawiała jej matka, z biegiem czasu kobieta rozumiała, że matka miała rację, kobieta się do matki upodabniała, zaczynała wypluwać podobne wyrazy, definicje i obrazy świata, jednak nie to teraz było najważniejsze; owszem, kobieta nie posiadała rodziny, i co z tego, wiele kobiet nie posiada rodzin, nie znaczy to wcale, że nikt jej nie chciał, o nie, to ona nikogo nie chciała, przebierała w kandydatach jak w ulęgałkach, nie miała zamiaru godzić się na półśrodki, na nie dość dobrych partnerów, po co jej taki niepełny ktoś, przegrany los, jak ona pełna była – wigoru, temperamentu, błyskotliwych słów, no po co, no po nic właśnie, takie życie to nie życie, to wegetacja, być z kimś i się nim nie fascynować, rozgryźć jego normalność w pierwszych dniach a potem spędzić z nim, z przeszkadzaczem, resztę życia, przy kawie i rozmemłanej w mleku bułce, jak nawet na ciebie nie spojrzy, bo po co , bo już cię ma.

Kobieta była sama ale nie samotna – miała tabun koleżanek, nie przyjaciółek, bo w przyjaźń przestała wierzyć jakieś czterdzieści lat temu, jak jej ta suka, ach, szkoda mówić, co zrobiła, a ona jej ufała, wierzyła i się zwierzała, głupia była, a mówiła matka, nie wierz nigdy kobiecie, nie słuchała, myślała, że wie lepiej, nie wiedziała, przyszła z czasem nauka, pokuta, za wiarę głupią i młodą, kara sromotna ale lekcja do końca życia, że matka wiedziała co mówi, matka swoje przeżyła, matczyne serce się krajało jak na błędy córki patrzyła, jak młoda na granicy ognia balansowała i ufała głupia, ufała, że się nie poparzy, to się nigdy nie sprawdza, zaufanie można między bajki włożyć, ufne to jest dziecko a potem dorasta i mądrzeje, trzeba trochę spokornieć, stwardnieć, nałożyć pancerz, zbroję wykuć żeby sobie jakoś w tym życiu poradzić, bo łatwo nie jest, wszystko drożeje, wszystko się zmienia, wczoraj telefony na żetony a dzisiaj telefony na rozmiary, dwa milimetry, pięć milimetrów, i zabawa w chowanego, kto szybciej odbierze w tramwaju jak dzwoni, kto znajdzie telefon bez mikroskopu zanim mu wybrzmi cała piosenka, patrzą wszyscy nerwowo, rozglądają się, czy to moje dzwoni, zaczynają się ruszać, szukać, nie kojarzą jaka to melodia, dawno nikt nie dzwonił, nie pytał, jak się czują, to może teraz córka, a jak się mam czuć, co, co mówisz, nie słyszę cię, jadę w tramwaju, co, tak w tramwaju, nie wiem gdzie jadę, nie wiem, no mówię, że nie wiem jaki to tramwaj, w głowach układają scenariusze, co to będzie jak odbiorę, co powiem; ludzie zaczynają nerwowo pochrząkiwać, żeby głos zabrzmiał swojsko, przyjaźnie, chcą wypaść na zainteresowanych, otwartych serdecznych, to nic, że masz mnie w dupie, że nie pamiętam jak wyglądasz, super, że dzwonisz, matka zawsze otwarta ma być, do piersi utulić dziecko marnotrawne, ale co to, okazuje się, że ktoś inny odebrał, jak to ktoś inny, przecież to do mnie był telefon, córka moja dzwoniła z zaświatów, ze swojego drugiego życia, z laptopami i all inclusive, i stopniowo pojawia się refleksja, że jednak nie, że córka została wyobrażona, przywołana, ludzie garbią się i zapadają w podarte siedzenia z napisem fuck off, w ukryciu wyjmują telefony, teraz już na spokojnie, patrzą w puste szybki z napisem play era orange, gdzie pokazuje się godzina i data, co skłania do wspomnień, jak to było kiedyś, ile to już czasu, i jadą zatopieni w przeszłości, ale nasza bohaterka nie miała nigdy takich przygód, bo nigdy nie miała córki, więc nie miała też komórki, bo po co, bo dla kogo.

Miała za to tabun koleżanek, które też były same ale nie samotne, miały córki na innych kontynentach i na wielkanoc dostawały paczki z produktami made in china, souveniry, symbole uczuć, które ustawiały w pustych pokojach córek na zakurzonych półkach i w niedzielę po mszy zapalały im świeczki na cześć pamięci, jedna z koleżanek była sama ale nie samotna, bo miała koleżanki, i każda z nich miała coś, kogoś, nigdy nie mogła powiedzieć, że nie ma dla kogo żyć, bo miała koleżanki, a taka więź to nie byle co, spotykały się regularnie, świątek piątek i niedziela, i to nie na jakieś kółka różańcowe, wieczory wspominkowe czy darcie pierza, to było zgromadzenie koleżanek nowoczesnych, które wiedziały o co w życiu chodzi i umiały same o siebie przy wzajemnej pomocy zadbać, bo na rodzinę nie ma co liczyć, nawet jak sie ją ma, bo z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach, potem wszystko znika, ulatuje i zostają tylko czarno-białe puste oczy na pożółkłym papierze, kobieta mimo że nie miała rodziny, wiedziała to doskonale, bo miała kiedyś matkę, a matka to taka jakby rodzina, choć nie z wyboru, nie z chęci, matka to rodzina obowiązkowa, narzucona odgórnie, ustalona bez wiedzy uczestniczącego, jaka matka taka córka, niedaleko pada jabłko od jabłoni, dlatego matki trzeba słuchać jak najprędzej, od najmłodszych lat, bo i tak nic się w życiu nie wskóra na własną rękę, matczyne nauki są jak klątwy, materializują się w prawdziwym świecie, i nie ma przebacz, jaka matka taka dola, i co z tego, i co, jak matka narzucała zaklęć, położyła się w trumnie i umarła, znikła, jak córka jakaś, co wyszła za mąż i urwała pępowinę, bo tę więź matko-córczyną przerwać może tylko zięć albo śmierć, ale nieważne, teraz już wszystko było nieważne, te córki i matki co odeszły; były koleżanki a one umiały radzić sobie doskonale, ani w głowie im było użalanie się nad losem i plecenie bzdur o testamentach, żadna z nich niczego nie miała albo wszystko dzieciom oddała, kobiece serca z natury hojne, dają co mają i same zostają, ale żalu nie ma nikt, bo po co, po co się umartwiać i zadręczać, trzeba myśleć optymistycznie, nie masz balastu, nie masz testamentu, na notariuszu zaoszczędzisz, a potem to i tak nie wiadomo, jutro będzie futro, nikt nie wie co się wydarzy, klejnoty, akcje i obligacje i tak się nie dematerializują po śmierci, wszystko tu zostaje, i tak się to oddaje, tylko że potem, i z większym kłopotem, nie ma co myśleć za dużo, myślenie szkodzi zdrowiu, objawia sie astmą i atakami paniki, myślał indyk o niedzieli a w sobotę łeb mu ścięli, są koleżanki, są spotkania, są rożne ciekawe pomysły, zajęcia, rytuały.

Jak na przykład pokazy mody, co urządzały, nieskromnie trzeba powiedzieć, że z inicjatywy naszej bohaterki, bo co jak co, głowę miała na karku, matka zawsze powtarzała, myśl głową, działaj rozumem, to działała, i wizję matczynej kobiecości realizowała, że kobieta zawsze damą musi być i w każdej sytuacji zachowywać się jakby miała kapelusz na głowie, matka zawsze miała rację, nawet jak umarła w łóżku to ładnie wyglądała, ręce na kołdrze złożone, włosy uczesane, nie do pomyślenia było, żeby matkę w rozchełstanym szlafroku zobaczyć, w piżamie, z wybroczynami starczego ciała, to nie ta ranga; matka zdumiona była jak się dowiedziała, że sąsiad spod piątki umarł w Biedronce, jak to w Biedronce, w sklepie, między majonezem i musztardą, chwila śmierci to moment szczególny, kropka nad i, finito, wielki finał, na który czekało się dziesiąt lat, ostatni moment twojego bycia tu na ziemi, nie ma mowy o żadnych dyskontach, jak czujesz, że będziesz umierać to masz szczególnie się pilnować, może to ten moment, żeby znajomych poprosić o zakupy, prysznic kilka razy dziennie, manicure pedicure, nie ma przebacz, i wyszło to matce tak jak chciała, w nowej pościeli z Ikei, w odmalowanym pokoju, z uporządkowana teczką dokumentów w komodzie, i nie zapomni nasza bohaterka, jak przed pogrzebem szafę otworzyła a tam wieszak specjalny z napisem „ostatnie pożegnanie” a na nim sukienka nowa, z metką, najdroższa w całym sklepie, kosztowała ze trzy renty, i trzewiki skórzane, nie za ciepłe, nie za bardzo odkryte, w sam raz, sweterek przewiewny i lekki szal, wszystko najwyższej jakości, jak na ślub, tylko, że czarne, i zrozumiała wtedy matczyne przesłanie, że bycie damą zobowiązuje aż do końca, aż do grobowej deski.

Dlatego jak z koleżankami pomysłu na czwartkowe wieczory szukały, to jej taka myśl do głowy przyszła, że może je czegoś na stare lata nauczyć, troski, opieki, kobiecości takiej, bycia matką, żoną i kochanką, czulenia się ze swoim ja, dopieszczania – a to wszystko w szczytnym celu, jakby te córki z innych kontynentów miały ostatni raz czoło matczyne całować, to żeby już na całe życie zapamiętały – i czoło, i całą resztę, stąd jej na myśl te pokazy mody przyszły, bo chęć bycia piękną w kobiecie nigdy nie ginie, to tylko kolorowe gazety tak piszą, że kobietą jest się do 30 roku życia a potem zmienia się w męskopodobny typ, ostrzyżony na krótko albo z trwałą na baranka, ale żadna gazeta, żadna reklama nie dojrzy, że w tym baranku jest jakaś estetyka, te czasopisma są na to za głupie, im nie ma co tłumaczyć, wiedzą swoje i jest tak jak mówi niemiecki wydawca, nasza bohaterka wie, bo dzwoniła kiedyś do redakcji zwrócić uwagę, to jej powiedzieli, że oni się nie podpisują pod tym co drukują bo to tylko licencja, kopia z zagranicznych numerów, kobieta nie wiedziała czy niemieckie kobiety po 30. rzeczywiście przestają istnieć i zmieniają płeć na niewiadomoco, kobieta nigdy w Niemczech nie była, ale co tam, odbije sobie po śmierci, jak tylko wyskoczy z ciała i będzie fruwać tu i tam, jak zawsze chciała, pozwiedza, i to nie że na piechotę tylko normalnie, latająco, z prędkością światła, szybciej od gołębia, bociana i sokoła, pofrunie, poleci, zobaczy co i jak, szkoda tylko, że zdjęć nie zrobi, ale i tak nie miałaby ich komu wysłać, bo dzieci nie posiada, a zdjęcia to tylko dzieci cieszą, koleżanki już za stare na taką radość, bo cieszy tylko to co można samemu pomacać; dziecko fotografia taka by przybliżała do wizji, fantazji w temacie podróży, a koleżanki już w podróże nie wierzą, chyba że astralne, fakty świadczą same za siebie, reumatyzm zobowiązuje, reumatyzm gwarantuje upojne wieczory sam na sam z telewizorem i marzenia o cudzej miłości.

Koleżanki na pomysł pokazów mody przystały chętnie, a ona, jako organizatorka, miała najwięcej do powiedzenia, i na swoim przykładzie pokazywała, co powinna czuć, jak zachowuje się kobieta, i nie były to jakieś pokazy młodzieżowe, modelkowe, z nogami jak patyki i kieckami z abażura; to były profesjonalne, pełnowartościowe pokazy mody pogrzebowej; chciała kobieta na cześć matki w życie wprowadzić jej przedśmiertne słowa, o byciu damą i kapeluszu na głowie, dlatego co czwartek przed wizytą koleżanek otwierała szafę i szykowała kilka kompletów ubrań, czyściła z kurzu najlepsze nakrycia głowy, dobierała woalki, koronkowe rękawiczki, potem dzwonek do drzwi, otwierała w pierwszej kreacji, trochę onieśmielona, co powiedzą, jak ocenią, koleżanki cmokały, dotykały materiału, a czy nie gniecie się to, popatrz, tu będziesz musiała jeszcze podprasować, może lamóweczka, ale pięknie, pięknie, pięknie wyglądasz!, bohaterka przechodziła do salonu, gdzie stał wielki stół nakryty białym płótnem i paliły się świece, nie takie zwykłe, tylko porządne, białe, jak w kościele, i leżało pismo święte, i kładła się na stole, na plecach, zamykała oczy i składała ręce jak do modlitwy, jak, i jak wyglądam, dobrze? – pytała niecierpliwie, no pięknie, ślicznie – odpowiadały koleżanki, ale ona nie dowierzała: a nie za blado? może lepiej w łososiowym? koleżanki nie wiedziały, rzeczywiście, trochę jakby blado przy tym świetle, zwłaszcza, że będziesz miała białą skórę jak ci krew odpłynie z twarzy, mówiły, może weź przymierz tą łososiową, szperały jej w szafie, albo nie – tę, o tę! granatowa będzie najlepsza!, kobieta zmieniała kolejne kreacje i w każdej z nich kładła się na stole a koleżanki nachylały się w skupieniu i oceniały dobór biżuterii, dodatków, ułożenie rąk, bo śmierć to szczególny moment, ważny, granica taka a przez granicę to nie można przejść byle jak, zagapić się, zapomnieć, trzeba z klasą, z szykiem, żeby rodzinie oko zbielało tak jak na zdjęciu, żeby powiedzieli wszyscy, nawet ksiądz, boże jaka ona piękna.

I kobieta tak od czwartku do czwartku żyła, i na śmierć się mierzyła.

Reklamy
Dama na miarę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s