MAPA KOBIET

On był dziwakiem. Grał w samoataku. Przyszedł raz do chaty wieczorem, wszedł w kaloszach, łyknął mleka, normalnie, niby nic, chichy śmichy, pitu pitu, aż tu nagle wystrzelił ni z gruszki ni z pietruszki, z pretensjami, z żalem zatajanym, długo ukrywanym, sfermentowanym jak kiszone ogórki.

W pierwszym odruchu poczułam mdłość taką, żołądkową nietolerancję na zachowanie jego, w chwili jak ten koktajl autorskiej roboty, ze źle zmiksowanych uczuć na mnie wylał, znienacka, z zaskoczenia wielkiego.

W halce stałam akurat bo na romantyczne chwilę nadzieję miałam, na momenty jakieś mocniejsze, telewizji się naoglądałam a tam wielki świat, proszę ja ciebie, romanse, zdrady i zakochania. I akurat w serialu odcinek był o uwodzeniu, każdy z każdym, matka z synem, ciotka z wnukiem, dziadek z sąsiadką, wszyscy się kochali romantyczną miłością fizyczną, to ja też taką chutliwą nadzieję poczułam, na holyłódzką miłość, na uniesienie.

Jak się tylko odcinek skończył to pobiegłam, szafę otwarłam i takiej wielkiej skrzyni wieko uniosłam. A tam cuda na kiju, falbanki i boa–pióropusze, jedyny skarb ocalały po prababci ukochanej, co striptizerką w teatrze przed wojną bywała.

Bo to były takie zwyczaje kulturalnych panów, że przerwy między aktami długie, bo czasy inne, bez nowinek i technologii, aktorom przebieranie więcej czasu zajmowało, to ci panowie nie lubili czekać bezczynnie na kolejną sztuki odsłonę, i z teatru wychodzili. A że prababcia zawsze miała głowę na karku i łeb nie od parady, biznesplan wymyśliła i z dyrektorem teatru pogadać poszła. Że w przerwie między aktami akty swoje wystawiać będzie. Dyrektor się zgodził, ona pokazywała, tłum szalał.

Szybko zdobyła grono wiernych fanów, co tylko na jej odsłony przychodzili, resztę sztuki w poważaniu mając. Niebezpieczny obrót sprawy kulturalne w tym teatrze przybrały, bo jak prababcia się rozbierała to do sali szpilki nie można było wcisnąć, taki ścisk, pisk, zachwyt, a jak schodziła ze sceny bo aktorzy się pojawiali to wraz z nią tłumek znikał. Każdy do przedsionka wychodził cygaro zapalić po takich uniesieniach.

To poprosił babcię dyrektor na rozmowę, że co robić, bo on sztukę chce wystawiać a nie striptiz i orgie westchnień w korytarzu, to babcia mu pobłogosławiła i z dobrej woli odeszła, i do San Francisko pojechała, i tam była gwiazdą.

I ja też wtedy, przed tą szafą stojąc, jak gwiazda się czułam, magiczne prababci stroje przymierzając, wpasowując się w historię kobiet mojej rodziny, artystek z powołania, z naznaczenia męskiego.

Zaczarować go chciałam, nogi ogoliłam, pachy przystrzygłam, a ten mi tu w kaloszach błota naniósł na podłogę i serce podeptał, plany zapaskudził.

Się przestraszyłam, że mu żyłka jaka pęknie, polegnie martwy u stóp moich w wyniku nagłej śmierci stresowej, i przyjedzie pogotowie, i co powiem. Że krzyczał, krzyczał i umarł? I kto mi uwierzy, popukają się w czoło, wymierzą palcem i powiedzą – to ona, to ona go zabiła, i zamkną mnie w więzieniu albo w psychiatryku, i zrobią akcję społeczną ku przestrodze, z udziałem moim niechcianym i nieopłacanym.

Że twarz moja na bilbordach zamieszczona będzie, co tam twarz, wizerunek cały, zszargany, okutany w kokon, bezrękawnik bez rączek, i będę tak stała na tym zdjęciu i patrzyła się, a poniżej, tak jakby onegdaj to było, będzie hasło napisane: ONA MĘŻA STRESOWAŁA, obok taka strzałka na mnie wskazująca, i ta strzała pulsować będzie światłami, jak ozdoby świąteczne z lampek, co były na wystawach w kioskach RUCHu na Święta.

A ludzie będą szli chodnikami, chichocząc, wartość moją umniejszając i wypowiadając złośliwości takie obrażające.

I mimo, że słyszała tego nausznie nie będę, osobiście jak gdyby znieważenia słownego nie zaznam, to nie będzie to dla mnie opcja ciekawa ani interesująca, i się zawstydzę w celi na śmierć. Tak się do siebie stresowałam myślami.

I dlatego jak on stał i krzyczał to mi się humor pogarszał, wstyd taki się pojawił, nastrój już nie ten. Chociaż to nie ja miałam ferment, we mnie płynęły łagodne fale oceanu, bo pani w domu kultury mówiła, żeby ocean płynął, to ćwiczyłam  i mi płynął, najłatwiej to w toalecie, bo tam są naturalne wibrowania energetyczne i szum wody na dziennym porządku i nikogo nie dziwi. To jak spokoju chciałam albo mnie szlag trafił albo coś mnie do szału doprowadziło to ja nie szłam na flaszkę ani na lody tylko w łazience izolację uprawiałam, drzwi zamykałam, udawałam że kupę robię a tak naprawdę to nie robiłam nic, nawet siku, żeby mi odgłos żaden oceanu nie zagłuszał. Głowę do muszli przykładałam. Słuchałam wewnętrznego głosu.

Raz to nawet zasnęłam w tym oceanie, i spałam aż ON mnie obudził bo się nie mógł do łazienki dostać, to w końcu przez okno wszedł, zmachał się bo drabina połamana, to musiał sobie inaczej radzić, stołki podstawiać, skrzynki, stare taborety. I nic nie słyszałam, dopiero jak mnie w ramię postukał to oczy orzeźwione morską bryzą otwarłam, a ten do mnie: Co ty z głową w kiblu śpisz, ja mu mówię, że oceanu słucham, a ten do mnie: e tam, sranie w oceanie, wypad z łazienki, lał będę. No a ja w półśnie tym nie wiedziałam o jakie lanie mu chodzi. Że takie wielkanocne wodą lanie, to wolałam nie, bo to luty był i zimno, że lanie biologią swoją, do toalety – to najbardziej prawdopodobne wydać mi się mogło; jednak zawsze jeszcze opcja była z laniem przemocowym, niedżentelmeńskim takim, że zupa za słona – to niech żona skona, i to mi się taka przerażająca ta wizja wydała.

On nie miał nigdy zapędów, żeby mi krzywdę jakąś robić czy fizyczną niemoc moją powodować, ale kto to wie co takiemu kiedy do głowy strzeli. Jak nie wiadomo co w niej ma bo chowa to przed światem jak skarb jaki. Ja już nie wiem, czy on rzeczywiście cuda umysłowe tam posiada, czy wszystko pustką świeci, na picuś glancuś, na błysk i może zamiast mózgu – jak z reklamy pronto powierzchnia płaska?

Żachłam się jak spojrzałam na niego, bo kto to widział, takie sceny urządzać, takie rewolucje wyprawiać, wejść w dom – bóg w dom, bóg to pokój, not war.

Mówię do niego: cicho głupi, co się drzesz, dzieci pobudzisz, sąsiadów, niedźwiedzie ze snu zimowego wstaną i przyjdą sępić pod oknami, po suchy chleb, po resztki, będą mnie tu straszyć, szantaże emocjonalne uprawiać. Ja nie po to w Bieszczadach zamieszkałam, nie po to ziemiankę klepałam własną biedą, żeby mi tu zwierzyna leśna ingerowała, bez zgody mojej, bez chęci obustronnych. Ja to mogę na jelonka popatrzeć jak się pasie na łące a z moich grządek, własnymi paznokciami oranych, won.

No to się nie drzyj, mówię do niego, jak knur jakiś, jak bażant na rykowisku, dźwięków takich nie wydawaj, bo ja z rodziny muzycznej jestem i słuch mam dobry. Po dziadku kataryniarzu i babci ulicznej piosenkarce, co mu śpiewała jak kręcił korbą, i ludzie drobniaki rzucali.

Drobniak do drobniaka, zrobiła się draka, bo przyszedł fiskus i powiedział, że przekroczyli próg podatkowy i mają mu swoje korbą wykręcane, wygrane pieniądze oddać. To dziadek się zaparł, jak stał, że nie, nie dziadu, nie dam ci, idź w pizdu, nie stój tu, bo mi widok zasłaniasz.

I fiskus poszedł ale zaraz przyszedł komornik. I zabrać nie miał co, bo dziadek połknął wszystkie monety, uparty był i potem miał zaparcie z tego wszystkiego, męczył się w wychodku, siedział całymi dniami żeby bilon odzyskać, czekał na kupon i grał, grał, grał na katarynie, wprawy nie chciał stracić. A babka pod wychodkiem stała i cicho jodłowała, ćwiczyła na stronie struny głosowe.

I opłacił się upór, bo piętnastego dnia dziadek wyszedł z latryny z pięcioma bobkami i dzierżył je jak grudki złota, potem kupił osła i muzyczna pasja w świat ich poniosła.

I właściwie wtedy słuch o nich zaginął, wiadomo tylko, że zrobili karierę na Brodłeju, gdzie występowali z papużką i kolorową małpką, co im odtąd na zawsze już potomstwo zastąpić miały.

I matka moja została tu opuszczona, osierocona, i z samotności tej i niemocy dziecko sobie urodziła, mnie znaczy, innych chyba nie miała – nie chciała, nie umiała czy co. Jak jej pytałam, to nawet nie wie jak urodziła, i skąd, i po co, albo nie pamięta, albo mówić nie chce. Mówiła, że mnie bocian przyniósł w kapuście, tak, tak gołąbeczku, mówiła.

No i ja się czułam jak taki gołąb nieopierzony, z gniazda wyrzucony, dziwencja, szara eminencja, jakby kaczątko takie brzydkie, inne coś, gatunek odludkowy.

I dlatego do tej szafy poszłam, pogrzebać, postroić się, życie swoje odmienić. A teraz stał mi tu ten i pokrzykiwał, pohukiwał na mnie, pozwalał sobie. No i mdłość poczułam a potem złość, halkę zdjęłam, zmięłam, pysk krzyczący zatkałam. Ten się dusić zaczął, oczy wybałuszył, na ziemię opadł i zacharkał cicho a ja poszłam jak stałam, naga jak pan bóg mnie stworzył, niewydarzona taka, blada, bez życia i bez solarium, zakasałam celulit na biodrach, schowałam się w sobie i zamknęłam w szafie.

I uschłam tu z tęsknoty za tym co się nie stało, co być miało, co się wyobrażało. Taka to wnusiu cała historia, i tak to już bywa, że się w rodzinie trupy w szafie po latach odkrywa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy
MAPA KOBIET

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s